Witajcie w Nowym Roku! :)
Chwilowa przerwa na blogu spowodowana była wyjazdem na narty. Był to mój pierwszy raz i bardzo mi się spodobało, wróciłam cała, zdrowa i szczęśliwa z masą energii na Nowy Rok :D
Dziś pragnę się z Wami podzielić moją spontaniczną decyzją - postanowiłam odwiedzić dietetyka, żeby dobrać dla siebie idealną dietę. Po przeczytaniu wielu opinii mój wybór padł na NaturHouse. Mimo regularnych ćwiczeń moja waga od dłuższego czasu stała w miejscu, a wizja upragnionych 55 kg oddalała się coraz bardziej.
Muszę przyznać, że rozmowa z panią dietetyk uświadomiła mi wiele rzeczy. W sumie wyszło na to, że prowadzę zdrowy tryb życia, a moja obecna dieta jest bardzo dobrą dietą stabilizacyjną - stąd waga utrzymuje się na stałym poziomie. Aby zredukować trochę masę ciała potrzebne są pewne zmiany w diecie.
Największy szok przeżyłam po analizie tłuszczów w organizmie - okazało się, że więcej do zrzucenia mam wody (zatrzymanych płynów) niż tłuszczu. Niestety tej wody nie da się pozbyć ćwicząc lecz paradoksalnie pijąc jeszcze więcej wody i wspomagając się produktami, które pomogą ją usunąć.
Dostałam też oczywiście procentowy wynik tkanki tłuszczowej, który będę starała się dalej zbijać :) Jeśli chodzi o zalecenia, to dostałam dietę urozmaiconą na 7 dni z małymi modyfikacjami i ogólne zalecenia dietetyczne, które w sumie mam zakodowane od dawna :)
Ponieważ ćwiczę często, w diecie zostawiłyśmy kaszę i brązowy ryż, odpada jednak ciemny makaron (i oczywiście ziemniaki, których i tak prawie nie jadłam). Chlebek dozwolony tylko razowy.
Produkty zdrowe ale na razie zakazane:
-orzechy i pestki
-suszone owoce
-mleko
Ograniczono mi też ukochane jajka ;p tzn. 3-4 żółtka na tydzień, białka mogę jeść do woli :)
Dieta nic nie wspomina w sumie o płatkach owsianych, otrębach itp i o to muszę dopytać na kolejnej wizycie.
Dostałam też całą listę dozwolonych produktów, produktów na które mam uważać i tych, których unikać. W sumie od dawna nie jem przetworzonych produktów, jak paszteciki, parówki itp. Przyjdzie mi jednak na razie pożegnać się z bananami (eh, mój ulubiony proteinowy shake ;p), winogronami, avokado i - o zgrozo - oliwkami ;p Resztę jestem w stanie przeżyć bez żalu. Niektóre warzywa również wymagają kontroli i mam ich jeść mało - głównie strączkowe. A to ogólna rozpiska ze strony NaturHouse:
Podstawą mojej diety ma być 5 posiłków w równych odstępach czasowych, z czego dwa to jogurt naturalny lub kefir/maślanka z granulkami Fibroki z dużą ilością błonnika + owoc + szklanka wody. Zwykle owoce starałam się jeść do godziny 15.00 więc owoc na podwieczorek to dla mnie nowość.
Dodatkowo dostałam fiolki Drenanat, które mają działać na nadmiar wody i tłuszczu w organizmie (do stosowania rano i wieczorem).
W internecie znalazłam wiele opinii, na temat NaturHouse w stylu, że ich dieta polega na wciskaniu chemicznych suplementów. Patrząc na skład produktów, które dostałam nie mogę się z tym zgodzić. Fiolki w składzie mają różnego rodzaju ekstrakty roślinne (m.in. z czarnego bzu, kopru włoskiego), które pomagają w usuwaniu wody z organizmu. Zastanawiam się też nad piciem soku z czarnego bzu, muszę znaleźć jakiś sklep, w którym można go kupić.
Podsumowując, po pierwszej wizycie wrażenia są bardzo pozytywne. W punkcie, w którym byłam trafiłam na bardzo kompetentną i sympatyczną panią dietetyk, która zna się na rzeczy. Cała dieta bazuje na cyklu cotygodniowych spotkań z czego bardzo się cieszę, gdyż co tydzień będę miała wgląd na poziom tłuszczu i wody. Kiedy zejdę do upragnionej wagi, planowane jest przejście na stabilizację i wtedy spotkania będą odbywać się rzadziej.
Tygodniowy koszt ma bazować w okolicach 100-150 zł. Po pierwszej wizycie zapłaciłam niecałe 135 zł, więc myślę, że standardowa cena (dla porównania w innym miejscu samo rozpisanie diety kosztowało 250 zł + wizyta 100zł a tu mam suplementy). Tę kwestię jednak pozostawiam każdemu do rozstrzygnięcia :).
Kolejną relację zdam za tydzień, po drugiej wizycie.
Trzymajcie kciuki :)